niedziela, 19 sierpnia 2012

ADRENALINA / ADRENALIN: FEAR THE RUSH (1996)

reżyseria - Albert Pyun
scenariusz - Albert Pyun
obsada - Christoper Lambert, Natasha Henstridge, Norbert Weisser, Elizabeth Barondes, Xavier Declie, Craig Davis, Nicholas Guest, Andrew Divoff, Jon H. Epstein
kraj produkcji - USA
źródło - dvd (Sony Pictures UK)

   Jest rok 2007. W Rosji upada rząd. Następstwem tego jest użycie broni z czasów zimnej wojny, która powoduje pojawienie się śmiertelnej zarazy. Władze USA postanawiają utworzyć obozy dla europejskich uchodźców, w których mają przejść oni kwarantannę. W jednym z nich, znajdującym się w Bostonie, grasuje zmutowany morderca. Jego krew zawiera wirusa, który w ciągu dwóch godzin się uaktywni, jeżeli czwórce policjantów nie uda się schwytać nosiciela.

   Jeżeli miałbym coś dopisać jeszcze o fabule, to chyba nie za dużo by tego było, bo reszta filmu to praktycznie bezustanna pogoń policjantów za mutantem. Większość akcji ADRENALINY rozgrywa się w jednym, opuszczonym przez ludzi budynku. Zaskakujące jest więc to, że mimo wszystko film nie nudzi. Nie wiem czym to jest spowodowane, bo w ciągu godziny nie padają żadne trupy, a większość scen to przemierzanie kolejnych ciemnych korytarzy przez policjantów i dialogi między nimi. Od czasu do czasu dochodzi do konfrontacji z zarażonym, ale obywa się bez ofiar. Przybywa tylko rannych.
   Trupy padają tylko na początku i końcu filmu, a większość z nich to specjaliści od chorób zakaźnych, których żółte skafandry nie są w stanie zapobiec atakowi szaleńca. Jest tu trochę krwi, ale reżyser Albert Pyun (VICIOUS LIPS, INFECTION) nigdy nie był specjalistą od horrorów i nie skupia się za bardzo na tym, by nas zszokować. Udało mu się za to wykreować w kilku scenach poczucie zagrożenia, dzięki któremu odczujemy podczas seansu trochę napięcia.
   Film był kręcony w Słowacji przy minimalnym budżecie (większość pewnie poszła na gaże aktorskie) i to niestety widać. Ograniczenie akcji do kilku szaroburych miejscówek daje się we znaki i od strony wizualnej ADRENALINA nie porywa. Natomiast można pochwalić pracę kamery, która bywa całkiem ruchliwa i też rozsądnie kadruje plan. Podobała mi się też muzyka. Może nie jest to popis wirtuozerii, ale na pewno ścieżka dźwiękowa spełnia swe zadanie.
   Gwiazdą filmu jest Christopher Lambert (BEOWULF, METAMORFOZA, DARK STAR HOLLOW) i praktycznie nie można mu niczego zarzucić. Nigdy mi się nie podobała jego modulacja głosu, ale nadrabia to mimiką adekwatną do tego, co przeżywa jego bohater. Dla Natashy Henstridge (GATUNEK 2, DUCHY MARSA) był to drugi występ przed kamerą. Myślę, że przyjęcie przez nią roli w filmie Pyuna po sukcesie w wysokobudżetowym GATUNKU Donaldsona było błędem, czego skutki odczuwa aktorka do dziś. Jej kariera nie rozwinęła na tyle, by nie musiała grać teraz w serialach. Małą rólkę zagrał Andrew Divoff, który rok później dał się poznać światu jako WŁADCA ŻYCZEŃ.
  Dla mnie (nieważne co inni mówią) ADRENALINA jest jednym z lepszych filmów Pyuna, ale to i tak za mało by nazwać go dobrym. Ot, typowy przeciętniak, który nie nudzi i jeżeli nie oczekujecie od filmów skomplikowanej fabuły, nieśmiało zachęcam do jego obejrzenia.
5/10

PLUSY:
- trochę napięcia
- dobra praca kamery
- dająca radę muzyka
- wciąga

MINUSY:
- fabuła to bieganina po opuszczonym budynku plus dialogi
- dziury w scenariuszu (Cuzo)
- na scenografię wydano 10 $

   

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza