poniedziałek, 29 lipca 2013

RELIKT / RELIC (1997)



reżyseria - Peter Hyams
scenariusz - Amy Holden Jones, John Raffo, Rick Jaffa, Amanda Silver
obsada - Penelope Ann Miller, Tom Sizemore, Linda Hunt, James Whitmore, Clayton Rohner, Chi Muoi Lo, Thomas Ryan, Robert Lesser, Diane Robin, Lewis Van Bergen, Constance Towers, Francis X. McCarthy, Audra Lindley, John Kapelos, Tico Wells, Mike Bacarella, Gene Davis, John DiSanti, David Proval
kraj produkcji - USA / Wielka Brytania / Niemcy / Japonia / Nowa Zelandia
światowa premiera - 10 stycznia 1997
polska premiera - 4 lipca (kino)
źródło - dvd (Iti Home Video, PL)

   Zapewne zdążyliście już zauważyć, że kino spod znaku monster movies jest dla mnie bardzo bliskie i poświęcam mu sporo miejsca na blogu. Większość z opisywanych przeze mnie przedstawicieli tego nurtu to produkcje telewizyjne, bo po prostu na kinowe ekrany praktycznie nic takiego nie trafia. PROJEKT: MONSTER, azjatycki THE HOST i w końcu świeżutki PACIFIC RIM będący w istocie filmem z kategorii science-fiction to nieliczne wyjątki potwierdzające regułę. Okresem, w którym miłośnicy ekranowych potworów mogli być naprawdę usatysfakcjonowani sporym wysypem monster movies był koniec lat 90-tych. Wtedy to mogliśmy podziwiać przerośniętą kałamarnicę w ŚMIERTELNYM REJSIE Stephena Sommersa, panoszące się w podziemiach metra zmutowane karaluchy w MUTANCIE wyreżyserowanym przez sławnego Guillermo del Toro i zamieszkującego małe miasteczko ODWIECZNEGO WROGA w horrorze Joe Chappelle'a. Tytuły te, choć nie wolne są od dość istotnych wad, zawsze sprawiają mi sporo frajdy przy powtórnym seansie. Jest jednak film z tamtego okresu, który w moim osobistym rankingu najlepszych monster movies zająłby pewnie jedną z czołowych lokat. RELIKT bowiem, ekranizacja powieści pisarskiego duetu Douglas Preston-Lincoln Child poczyniona przez Petera Hyamsa, to tytuł do którego wracam bardzo często i zapewne nie raz będę jeszcze wracał. Być może dlatego, że oprócz wspaniałego potwora, film ma do zaoferowania też ciekawych bohaterów (granych przez bardzo dobrze dobranych aktorów), którzy z miejsca zaskarbili moją sympatię.



   Wpierw poznajemy chicagowskiego detektywa Vincenta D'Agostę, który w ładowni opuszczonego statku znajduje szczątki jego załogi. Gdy w Muzeum Historii Naturalnej zostaje w podobny sposób zamordowany strażnik, porucznik przeczuwa że za obie zbrodnie odpowiedzialna jest jedna osoba. W śledztwie pomaga mu doktor Margo Green, która znała ofiarę, a przy okazji stara się wprowadzić Vincenta w świat muzealnych eksponatów. Tymczasem zbliża się wielkie otwarcie nowej wystawy o zabobonach, której jedną z atrakcji ma być przywieziony z Brazylii posążek przedstawiający mitycznego stwora - Kothogę. Nikt nie spodziewa się, że reinkarnacja potwora od sześciu tygodni zamieszkuje muzealne podziemia żywiąc się mózgami okolicznych bezdomnych, a zbliżająca się wielkimi krokami uroczystość będzie dla niego idealną okazją, by mógł zaspokoić swój apetyt.


   Film zbudowany jest według bardzo dobrego wzorca jakim są SZCZĘKI Spielberga. Przez dużą część seansu Kothoga praktycznie nie pojawia się na ekranie, co wzmaga naszą ciekawość i dobrze działa na wyobraźnię. Miast tego reżyser skupił się na relacjach pomiędzy bohaterami, a że Ci są bardzo interesujący, to też nie sposób nudzić się na scenach, w których dominują dialogi. Owszem, kilka scen mających wzbudzić w nas co najmniej niepokój po drodze się znalazło. Wszak można nieźle się przestraszyć podczas sceny śmierci strażnika, a i sama Margo Green znajdzie się w sytuacji, podczas której widz będzie siedział na brzegu fotela. Jednakże w pierwszej połowie filmu dominuje śledztwo prowadzone przez porucznika D'Agostę, a RELIKT niemal przypomina swą konstrukcją policyjny thriller, w którym policjant ściga seryjnego zabójcę.


   Wszystko się zmienia, gdy do akcji wkracza potwór, który totalnie niszczy półroczną pracę pracowników muzeum zamieniając przygotowaną przez nich wystawę w rewir łowiecki. Już scena, w której zgromadzeni w budynku goście próbują się z niego wydostać po zobaczeniu pozbawionych głowy zwłok strażnika, robi spore wrażenie. Reżyser dobrze wydobył napięcie ze zbiorowego ataku paniki przed czymś nieznanym. A dalej jest tylko lepiej, bo naszym oczom ukazuje się sprawca całego zamieszania. I trzeba przyznać, że niespełna cztery lata po premierze PARKU JURAJSKIEGO nie mógł on chyba wyglądać lepiej. Za wygląd potwora odpowiedzialne było Stan Winston Studio, którego praca nad projektem nie przebiegała jednak bez problemów. To przez opóźniające się prace nad stworzeniem Kothogi przesunięto premierę RELIKTU o kilka miesięcy, a Hyams był zmuszony poczynić poprawki w scenariuszu, który by nie wymagał ujęć z potworem. I właśnie dzięki temu film zawdzięcza jedną z największych swych zalet wspomnianych w poprzednim akapicie.


   Sam potwór to krzyżówka m.in. gekona i chrząszcza, choć jego pysk mocno przypomina międzyplanetarnego łowcę zwanego predatorem. Do tego Kothoga ma skoczność kota, a i nie jest dla niego problemem wspinaczka po pionowych powierzchniach. Dopadając swe ofiary używa swych szczęk, które bez problemu skracają pechowców o głowę. W większości ujęć z potworem użyto doskonałego animatronicznego modelu, który w dynamicznych scenach zastąpiony został przez dobrej jakości efekty komputerowe. Muszę przyznać, że zdolności jakimi posługuje się Kothoga niemal na każdym kroku zaskakują. Wybitnie pokazuje to scena próby wtargnięcia do muzeum oddziałów specjalnych, która kończy się masakrą jej członków. I jeśli pomyślicie wtedy, że zobaczyliście już wszystko, to poczekajcie na finał, który według mnie jest doskonałym zwieńczeniem historii oferując kilka chwil grozy jak i sporą dawkę napięcia, które nie opuszcza widza do samego końca. Filmowi zarzuca się, że jest zrzynką z OBCEGO. Ależ jak najbardziej, ale nie z powodu labiryntu korytarzy w których czai się potwór, bo wtedy wyjdzie nam na to, że mamy więcej naśladowców filmu Scotta niż moglibyśmy przypuszczać. Ja mam tu na myśli bliskie spotkanie Margo Green z Kothogą kojarzące się z podobną sceną w trzecim OBCYM, a sama doktor może konkurować z Ripley w kategorii "najlepsza piękna kontra bestia".


   Za to w kategorii aktorskiej za najlepszą rolę w monster movie, Penelope Ann Miller może śmiało stanąć obok Sigourney Weaver. Oczywiście grana przez nią postać nie jest w stanie doczekać się takiego kultu, jakim cieszy się jej sławna koleżanka, ale nie ulega wątpliwości fakt, że nieczęsto spotyka się tak dobrze zagraną rolę w nielubianym przez Hollywood gatunku. Miller idealnie portretuje kobietę zafascynowaną swą pracą, niepozbawioną poczucia humoru, a i odznaczającą się inteligencją i sprytem dzięki którym będzie w stanie pokonać potwora. Aktorka koncertowo wręcz zagrała też sceny, w których musiała pokazać przerażenie. Czy to na widok zwłok strażnika, czy podczas ucieczki przed zagrożeniem zakończonej w damskiej łazience, czy w końcu w bezpośrednim starciu z ożywioną Kothogą - nie sposób nie uwierzyć w emocje targające panią doktor. Dobrze też spisał się Tom Sizemore, którego detektyw choć nie odbiega zbytnio od schematycznego wizerunku wykreowanego przez setki policyjnych filmów, to dodano mu kilka ludzkich cech nie pozwalających oceniać go jako służbistę, a wręcz nie sposób docenić jego starań mających na celu ujęcie sprawcy brutalnych morderstw. Błyszczy też drugi plan filmu i warto tu wymienić takie nazwiska jak Linda Hunt i James Whitmore, dzięki którym nie sposób darzyć szacunkiem i sympatią granych przez nich bohaterów. Nawet lizusowaty Greg Lee w wykonaniu Chi Muoi Lo, choć nieźle daje się we znaki doktor Green, jest postacią którą da się na swój sposób lubić.


   RELIKT nie jest oczywiście idealnym filmem. Czytelnicy książki, na której jest oparty, zarzucają twórcom zbytnie odejście od kart powieści. Ja jej nie czytałem, a nawet gdyby, to oceniam w końcu film, a nie to w jakim stopniu akcja ekranizacji pokrywa się z materiałem źródłowym. Jeśli jest to dla Was ważne, to możecie przeżyć spore rozczarowanie. Mnie akurat uderzyły najbardziej w oczy dwie rzeczy. Skoro potwór jest taki wielki, to jakim sposobem zakrada się tuż za plecy bohaterów. I co do cholery stało się z państwem Blaisedale? Natomiast narzekania widzów na zbyt ciemną stylistykę zdjęć, przez którą nie są oni w stanie dojrzeć szczegółów akcji, są jak dla mnie czymś niezrozumiałym. Owszem, film jest dość ciemny, ale to tylko wzmaga uczucie niepokoju, a też czyni potwora bardziej tajemniczym, co zresztą było zamysłem reżysera. Przysłowiowe wywalanie kawy na ławę pogrążyło już nie jeden film (np. BOOGEYMANA z 2005 roku), co nie tyczy się RELIKTU. Wielbicielom tego nurtu jak najbardziej polecam. Innym, zwłaszcza lubującym się w szybkim kinie wspartym dużą liczbą efektów, zalecam lekką ostrożność.
8,5/10


2 komentarze:

  1. Dobry, właśnie obejrzałem znów po wielu latach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa... nawet plakat miałem ;)

    OdpowiedzUsuń