piątek, 5 lipca 2013

ŻYWY TRUP aka ZOMBIE / DEAD & DEADER (2006)



reżyseria - Patrick Dinhut
scenariusz - Mark A. Altman, Steven Kriozere
obsada - Dean Cain, Susan Ward, Guy Torry, Peter Greene, Ellie Cornell, Colleen Camp, John Billingsley, Greg Collins, Natassia Malthe, Brent Huff, Esteban Cueto, Dean Haglund, Jamie Kaler, Steven Kriozere, Mark McGraw, Ho-Sung Pak, Steven Schub, Affion Crockett, Alex Sol, Tyson Turrou
kraj produkcji - USA
światowa premiera - 16 grudnia 2006
źródło - dvd (Anchor Bay, UK)

   Zapoczątkowany przez remake ŚWITU ŻYWYCH TRUPÓW wysyp zombie movies zdaje się nie mieć końca. Trudno nawet zliczyć takie filmy, gdyż człapiące zombie stały się jednym z ulubionych tematów amatorskich twórców. Nie ma przecież nic łatwiejszego niż umazać twarze swych znajomych kremem przeciwsłonecznym i kazać im wgryzać się w mięsne podroby udające ludzkie wnętrzności. Na szczęście ŻYWY TRUP to w pełni profesjonalna produkcja i mimo, że idealnie wpisuje się w nurt zombie movie korzystając z jego dość skostniałych schematów, to wnosi też coś od siebie. Już samo umiejscowienie akcji w bazie wojskowej jest całkiem oryginalne jak i geneza powstania żywych trupów.


   Wszystko ma swój początek w Kambodży. Podczas wykonywania misji oddział amerykańskich żołnierzy trafia do pustego laboratorium, w którym zostają znalezione jedynie akwaria z dziwnym gatunkiem skorpiona. Niespodziewanie do budynku wdzierają się zombie i w wyniku przypadkowej eksplozji giną wszyscy zgromadzeni w nim żywi i nieumarli. Jeden z trupów, Bobby Quint, budzi się już w bazie wojskowej w Kalifornii tuż przed próbą dokonania na nim sekcji zwłok. Zaskoczony jest tym nie tylko patolog, ale i sam cudownie zmartwychwstały. Bobby jest jednak nie do końca żywy, gdyż jego serce nie pracuje, a w dodatku mężczyzna wycina ze swej ręki kawał skóry, by dostać się do czegoś, co się pod nią poruszało. Okazuje się, że pasażerem na gapę był przenoszący wirusa skorpion z Kambodży, który sprawia że ludzie zamieniają się w zombie. Dzięki silnemu organizmowi Bobby nie utracił resztek człowieczeństwa, czego nie można powiedzieć o jego kolegach z oddziału, których ciała znikają z kostnicy. Bobby wyrusza w pogoń za commando zombie, by powstrzymać rozwój zarazy, w czym pomogą mu nadludzka siła i inne nowo nabyte zdolności. Może też liczyć na pomoc wojskowego kucharza oraz pięknej  i odważnej barmanki.

 
   Siłą filmu Patricka Dinhuta jest to, że nie został nakręcony by nas straszyć. Takich filmów jest całkiem sporo, a dość absurdalna fabuła ŻYWEGO TRUPA tylko dzięki nie do końca poważnej tonacji wyróżnia się pozytywnie na tle innych podobnych produkcji. Muszę zaznaczyć, że nie jest to komedia grozy w stylu WYSYPU ŻYWYCH TRUPÓW, czy czegoś w stylu ŚWIĄTECZNEJ INWAZJI TRUPÓW. Tak naprawdę dowcip tli się tu w dialogach często nawiązujących do klasyków kina z Bondem na czele. Nawet barmanka Holly dokonuje krótkiej analizy porównawczej dwóch wersji ŚWITU ŻYWYCH TRUPÓW na korzyść tej Romera. Mówi mądrze i choć ja wolę nowszą wersję umarlaków z supermarketu, to takie puszczanie oka do widza bardzo mi odpowiada. 


   Jeśli chodzi o stronę techniczną filmu, to stoi ona na bardzo dobrym poziomie co, zważywszy na jej telewizyjny rodowód, warto docenić. Najważniejszą rzeczą w filmach o zombie są... zombie, a te prezentują się wyśmienicie. Charakteryzacja jest tu na naprawdę dobrym poziomie ( za efekty odpowiada KNB Effects Group) i szkoda tylko, że ktoś wpadł na pomysł, by w przypadku furii oczy zombie świeciły się na pomarańczowo. Trochę to zalatuje tanim sci-fi, ale na szczęście takich scen nie jest za dużo, a nawet mi się wydaje, że twórcy sami zapomnieli w trakcie kręcenia filmu o swoim patencie na zombie furię. Jak na prawdziwych umarlaków przystało, te z ŻYWEGO TRUPA nie gardzą ludzkim mięskiem, to też mamy okazję zobaczyć tu sporo krwawych scen. I rzecz, która pewnie wam zaprząta głowę. Tutejsze zombie są dość energiczne, ale trochę ciamajdowate, to też myślę że zadowolą zwolenników dwóch sposobów ich prezentacji.


   Obsada filmu jest całkiem znośna. Występujący w roli dziarskiego zombiaka Dean Cain dobrze się sprawdza jako bohater, którego mamy polubić. Choć o jego aktorstwie zdania są podzielone, to myślę że tu wypadł całkiem nieźle. Rola Guya Torry sprowadza się tu praktycznie do błazenady, w czym celuje większość ciemnoskórych postaci w horrorach. Natomiast Susan Ward kradnie show w każdej scenie, w której się pojawia. I nie jest to zasługa jej talentu, który w przypadku takiego filmu jest trudno zmierzyć, ale aktorka wygląda tu po prostu bardzo sexy i po prostu miło się na nią patrzy. W filmie występuje też Peter Greene, który jest skazany na granie drani spod ciemnej gwiazdy i tak też jest w tym przypadku. Choć doktor Scott ma słuszne pobudki, by uprzykrzyć życie trójce bohaterów, to sposób w jaki chce dojść do celu karze nam przypuszczać, że nie skończy się to dla niego dobrze. 


   Przyjemnym odbiorem może się zakończyć natomiast seans ŻYWEGO TRUPA o ile kupi się jego konwencję. Nastawieni na poważnego straszaka, czy też śmieszną zombie komedię będą musieli się obejść smakiem. Najlepiej film odbiorą Ci, którzy lubią grozę z  lekkim przymrużeniem oka, a jeśli oczekują też krwawej jatki, to też pod tym względem nie powinni się rozczarować. 
6/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza