poniedziałek, 24 sierpnia 2015

ZOMBIEBOBRY / ZOMBEAVERS (2014)



reżyseria - Jordan Rubin
scenariusz - Al Kaplan, Jordan Rubin, Jon Kaplan
obsada - Rachel Melvin, Cortney Palm, Lexi Atkins, Hutch Dano, Jake Weary, Peter Gilroy, Rex Linn, Brent Briscoe, Phyllis Katz, Robert R. Shafer, Bill Burr, John Mayer
kraj produkcji - USA
światowa premiera - 13 kwietnia 2014
premiera w Polsce - 24 sierpnia 2015 (tv)
źródło - blu-ray (Universal, UK)

    Trzy przyjaciółki postanawiają spędzić spokojny weekend w domku nad jeziorem. Mary i Zoe mają nadzieję, że to pomoże pozbierać się Jenn po rozstaniu z niewiernym chłopakiem. Wkrótce babski wypad zostaje zakłócony przez Sama i jego dwóch kolegów, którzy niepomni zakazu Mary przyjechali nad jezioro licząc na dobrą zabawę. Nikt z nich nie wie, że w okolicy grasują śmiertelnie niebezpieczne bobry, które wskutek skażenia jeziora trującymi chemikaliami zamieniły się w zombie.



   Kino spod znaku animal attack już od dawna czerpie na brak nowych pomysłów, to też nic dziwnego, że hollywoodzcy scenarzyści chwytają się coraz to bardziej kuriozalnych metod, by ożywić ten skostniały podgatunek horroru. Zaczęło się od słynnego dzieła Megaszczęki kontra megamacki, po którym nastąpiła moda na gigantyczne bestie, a kiedy i to się przejadło postanowiono jeszcze bardziej poeksperymentować. Dziwnym trafem ofiarami wybujałej fantazji gryzipiórków stały się rekiny, które zaczęły chodzić, pływać w piasku, straszyć jako duchy i w końcu atakować z powietrza. Gdy już wydawało się, że nic głupszego nie można wymyślić, w sieci pojawił się trailer do Zombiebobrów, który z miejsca stał się hitem kanału YouTube. Oprócz tego internet zalały plakaty z morderczymi bobrami parodiujące tak głośne produkcje jak Grawitacja, Ona i American Hustle. Pytaniem pozostawało czy film debiutującego za kamerą Jordana Rubina spełni pokładane w nim nadzieje. Wszak po takim pomyśle na fabułę można było oczekiwać zarówno udanej parodii nurtu animal attack jak i filmu pokroju tych, do których przyzwyczaiła nas stacja SyFy. Po premierze Zombiebobry wzbudziły mieszane uczucia u krytyków i widzów. Część z nich piała z zachwytu, ale zdecydowana większość nie uległa czarowi tej zwariowanej produkcji. I w sumie nie ma co się temu dziwić, gdyż jest ona skierowana przede wszystkim do fanów klasycznych animal attacków, którzy schematy rządzące takim kinem znają od podszewki.


   Opis fabuły filmu można zacząć słowami "Grupa przyjaciół wyjeżdża...", co już może przygotować widza na to, że celem podróżnych będzie odludne miejsce, w którym nie działają komórki i z rzadka można liczyć na pomocną dłoń w razie kłopotów. A te zaczynają się w miarę szybko, gdyż już pierwszego wieczoru Jenn odkrywa w łazience obecność włochatego intruza. I jest to decydujący moment w filmie, po którym albo widz wyłączy z niesmakiem ("Co za g...wno!") odbiornik, albo będzie brnął dalej w coraz to bardziej dziwaczną mieszankę animal attack z zombie movie. Widok wymachującego łapką, szczerzącego żółte zębiska i wydającego groźne dźwięki boberka jest bowiem tyleż śmieszny co żenujący. Tym wytrwalszym widzom, którzy na takie akcje potrafią przymrużyć oczy, scenarzyści filmu przygotowali dużo więcej niespodzianek. Okazuje się bowiem, że w jak każdym porządnym zombie horrorze jakakolwiek rana zadana przez nieumarłego powoduje przemianę pogryzionych w kolejne łaknące krwi monstra. Z chwilą, gdy jedna z bohaterek ulega transformacji w człeko-bobrzo-zombiaste coś, fabuła zmierza w kierunku coraz to jeszcze bardziej absurdalnych akcji (jakby ich do tej pory było mało), których niejeden widz nie byłby w stanie sobie nawet wyobrazić przed tak niewinnie zapowiadającym się seansem z miłymi zazwyczaj futrzakami.


    Zombiebobry zaskakują nie tylko daleko idącą inwencją twórczą trójki scenarzystów, ale i porządną realizacją. Zdjęcia, scenografia i ścieżka dźwiękowa stoją tu na naprawdę dobrym poziomie i może trochę dziwić fakt, że talenty poszczególnych osób "zmarnowały" się na taki wybryk współczesnej kinematografii. A przecież to nie wszystko. Malownicze widoczki z początku filmu, mocno kontrastują z kiczowatymi efektami specjalnymi, jakie można podziwiać w dalszej części seansu. Bobry wyglądają wprost wybornie. Skołtunione futerka, żółte trzonowce i martwe ślepia budują adekwatny do tytułu filmu wizerunek zmutowanego i otumanionego żądzą krwi mutanta, którego nikt na pewno się nie wystraszy, ale też nie to było zamiarem twórców. Postawili przede wszystkim na groteskę podpartą niezłymi scenami gore, a to wszystko ze znikomym użyciem komputerowych sztuczek. No może poza wyjątkiem wspomnianej transformacji człowieka w bobra, która i tak pozostaje jedną z najlepszych scen w filmie.


   Panowie Rubin i bracia Kaplan nie omieszkali też zacytować kilku klasyków. Atak bobrów na zabity deskami domek to oczywiste nawiązanie do Nocy żywych trupów, a scena w której przepołowiony mutant skrada się do rozkraczonej na kuchennym stole Jenn przypomina tę, w której ostrze piły Leatherface'a atakowało Caroline Williams w pierwszym sequelu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Znalazło się też miejsce na żart ze znanej głównie w Stanach  zabawy, w której zadaniem gracza jest jak najszybsze bicie tłuczkiem wyskakujących z różnych dziur świstaków zanim te schowają się do nich z powrotem. Tutaj zamiast świstaków mamy bobry, które przegryzają podłogę w różnych miejscach i dwójkę bohaterów próbujących zatłuc je kijem bejsbolowym i młotkiem. Ogólnie cały film jest utrzymany od początku do końca w tonacji komediowej. Pełno w nim żartów krążących wokół seksu i rzeczywiście niektóre z nich mogą bawić. Mnie najbardziej śmieszyło jednak dwóch kierowców ciężarówki przewożących nieszczęsne odpady toksyczne, z którymi sceny idealnie spinają klamrą początek i koniec filmu.


   Zombiebobry nie są kinem dla każdego. Nawet ja, lubujący się w takich klimatach, w pewnym momencie miałem już dość kolejnych, coraz bardziej idiotycznych scen. Myślę, że twórcy w pewnym momencie po prostu przedobrzyli, ale z drugiej strony trudno ich winić za bycie konsekwentnymi. Skoro wirus przemienia ludzi w bobry, to dlaczego nie miałby zrobić tego samego z niedźwiedziami lub innymi leśnymi zwierzakami. Co by jednak nie mówić, jest to jeden z lepszych powstałych ostatnio animal attack'ów. Dobra realizacja, szybka akcja, niezłe aktorstwo i dużo krwistych efektów czynią z tej pozycji taką, obok której nie sposób przejść obojętnie. No dobra, tak naprawdę to zasługa tytułu.

6.5/10



WYDANIE BLU-RAY (Universal, UK)
czas trwania - 77.33
obraz - 1.78:1, 1080p
dźwięk - angielski DTS-HD MA 5.1
napisy - angielskie 
dodatki - przesłuchania
Building A Beaver
Man Becomes Monster
usunięta scena
za kulisami


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza