poniedziałek, 25 maja 2015

BESTIA Z BELIZE / POSEIDON REX (2013)



reżyseria - Mark L. Lester
scenariusz - Rafael Jordan
obsada - Brian Krause, Anne McDaniels, Steven Helmkamp, Candice Nunes, Berne Velasquez, Gildon Roland, Pulu Lightburn, Remo, Phillip Coc, Serapio Chun, Paul Hyde, Joe Requena, Aaron Lauriano, Chase Kilburn, Tres Schesser
kraj produkcji - USA
światowa premiera - 22 września 2013
premiera w Polsce - 25 maja 2015 (tv)
źródło - dvd (Kaleidoscope H. E., UK)

   Jackson "Jax" Slate miał pecha okraść lokalnego gangstera, Tariq'a. Teraz, by go spłacić, podejmuje się wyprawy w głąb morskich otchłani, gdzie ponoć ukryte jest hiszpańskie złoto. Będąc już na dnie, wraz z ludźmi Tariq'a,  detonuje materiały wybuchowe. Siła rażenia odrzuca ciało Jacksona na tyle daleko, że ten ma farta nie być pożartym przez prehistorycznego gada, który na wskutek eksplozji wybudził się z długiego snu. Szczęścia nie mieli ludzie Tariq'a i gdy P-Rex zaspokaja swój pierwszy głód rusza w kierunku pięknej wyspy u wybrzeży Belize, gdzie aż roi się od niespodziewających się niczego złego turystów.



   Mark L. Lester, który szczyt kariery osiągnął w połowie lat 80-tych kręcąc adaptację powieści Stephena Kinga Podpalaczka i kultowy film akcji ze Schwarzeneggerem Komando, ostatnimi czasy niezbyt chętnie stawał za kamerą. Bardziej aktywny był jako producent takich "dzieł" jak Yeti: Śnieżna stopa, Rekiny z plaży czy Ogniste żądła. Nie spodziewałem się więc wiele rozpoczynając seans jednego z jego najnowszych filmów, ale miałem nadzieję, że Bestia z Belize dostarczy mi przynajmniej takiej rozrywki jaką był wyreżyserowany przez Lestera w 2005 roku całkiem znośny Pterodaktyl. Niestety moje nadzieje okazały się płonne i dostaliśmy kolejny tytuł, którego seans może by tak nie bolał, gdyby nie firmował go swoim nazwiskiem ktoś, kto potrafi przecież przy odrobinie budżetu spreparować całkiem niezłe filmy (Klasa 1999, Eks, Powstały z martwych). Bestia z Belize jest też kolejnym przykładem na to, że bardzo trudno jest komukolwiek udanie wykorzystać panującą od czasu Parków jurajskich modę na monster movies z prehistorycznymi gadami. Wydaje się zresztą, że takich produkcji powstaje ostatnio więcej niż zwykle, ale ich poziom zazwyczaj (o tym innym razem) pozostawia wiele do życzenia. 


   Akcja w Bestii z Belize zawiązuje się bardzo szybko. Już w pierwszych minutach filmu możemy "podziwiać" tytułowego gada, który przypadkiem zostaje uwolniony przez trzech nurków, wśród których jest Jackson Slate. Zanim jednak podwodny tyranozaur ruszy na łowy będziemy mieli okazję przyjrzeć się bliżej pozostałym bohaterom, wśród których jest obdarzona wielkim...khm... intelektem doktor Sarah, kapitan łodzi wycieczkowej i para turystów, Rod i Jane. To ci ostatni znajdują ciało Jacksona, który wbrew wszelkiej logice przeżył kilka godzin dryfując z twarzą w wodzie. Gdy "Jax" odzyskuje przytomność, opowiada wszystkim o zatargach z Tariq'iem i hiszpańskim złocie leżącym na dnie morza. Zapada szybka decyzja o wyprawie po bezcenny skarb. Na lądzie zostaje tylko Jane, dla której cała ta sprawa wydaje się zbyt niebezpieczna. Szybko jednak znajduje zajęcie korzystając z zaproszenia na imprezę odbywającą się na jachcie wynajętym przez dwóch śliskich gostków. Tymczasem nasza ekipa łowców skarbów, podczas badania dna morskiego, znajduje setki złożonych jaj i wielkie odciski łap należące do przedstawiciela tajemniczego gatunku. Jedno z jaj zabierają z sobą, by zbadać je w laboratorium. Wkrótce wykluwa się z niego mały P-Rex i nasi bohaterowie muszą zadać sobie jedno fundamentalne pytanie: "Gdzie jest jego mama?".


   Bestia z Belize nie zaskoczy żadnego miłośnika filmów klasy C. To typowy niskobudżetowy monster movie, którego przeznaczeniem są  głównie stacje telewizyjne pokroju Sci-Fi Universal. Żadna scena Was nie zaskoczy, tak jak i to, kto przeżyje starcie z krwiożerczym Rexem i kto z kim nawiąże bliższą znajomość. Akcja idzie niemal jak po sznurku, według utartego schematu. Bestia, która przez pewien czas zadowalała się tym, co miało nieszczęście wypłynąć w głąb morza, postanawia poszerzyć swe terytorium polowania wychodząc na suchy ląd. Nie wiedzieć czemu pała jakąś niewytłumaczalną nienawiścią do naszych bohaterów i podąża za nimi krok w krok. Na swoje nieszczęście, bo wiadomym jest, że ci znajdą sposób, by odesłać ją do wszystkich diabłów. Znajdą też czas, a jakże, na miłosne uniesienia. W końcu do całej akcji przyłączy się też amerykańska marynarka wysyłając do walki z P-rexem kilka myśliwców. Kto pierwszy zaliczy bazę? Kto by to nie był pewnym jest, że pewnie niewielu z Was zechce poznać odpowiedź na to pytanie. Wszak produkcja to dość niskich lotów, którą z zapałem (stygnącym z minuty na minutę) będą oglądać tylko tacy maniacy jak ja. Jest tu co prawda kilka niezłych akcji, ale każdą z nich widzieliśmy już w niejednym, często równie słabym filmie. Najbardziej zwraca tu uwagę scena, w której jedna z drugoplanowych postaci zostaje nagle połknięta przez dinusia w trakcie odbywania skoku do wody. Niezła jest też pogoń P-rexa za pędzącym autem, co już widzieliśmy i w Parku jurajskim i w Dinokrokodyl vs. Supergator, ale tu kończy się ona niespodziewanym fikołkiem wykonanym przez gada.


   Trzeba przyznać, że ten animowany jest całkiem znośnie jak na taką produkcję. Nie ma tu oczywiście mowy o jakimś "Wow", ale powiedzmy, że efekty należycie spełniają swoją rolę. Ich twórcy troszkę się postarali, by choć trochę osadzić bestię w rzeczywistości, co widać w momentach gdy ta rozpryskuje wodę biegnąc wzdłuż strumienia. Niestety muszę się przyczepić do scen śmierci, które są bardzo nieciekawe i brak im krwistego wykończenia. To właśnie przez ten element stawiam Bestię z Belize trochę niżej niż Pterodaktyla, w którym to ofiary były rozszarpywane i  rozczłonkowywane. Połykanie ofiar w całości czy zatapianie kilku łodzi z rzędu, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli nie masz nic ciekawego w kwestii fabuły czy efektów specjalnych, to wysil chociaż fantazję, by w ciekawy (niekoniecznie krwawy) sposób pozbawić życia bohaterów swojego filmu. Tu tego bardzo mi brakowało. Na osłodę pozostały mi piękne widoczki wyspy Belize, na której kręcono Poseidona Rexa. Zawsze to jakaś odmiana po dziesiątkach produkcji kręconych w Bułgarii i Kanadzie udających każde państwo świata.


   Co do aktorów, to nie mam większych zastrzeżeń jeśli chodzi o Briana Krause, Anne McDaniels i Stevena Helmkampa, ale drugi plan wypadł bardzo słabiutko. W role ludzi Tariq'a wcielili się chyba kompletni amatorzy, z których każdy miałby szansę w wyścigu o miano najgorszego aktora świata. Korzystając z okazji chciałbym napomnieć, że pierwotnie w rolę Jacksona Slate'a miał się wcielić Corin Nemec, z którym Lester kilkukrotnie już współpracował. Niestety w trakcie transportu na plan, na skutek nieszczęśliwego wypadku, aktor poważnie zranił sobie nogę i tylko dzięki kilku transfuzjom krwi udało mu się ocalić życie. Wracając do samego filmu, to powiem przewrotnie, że raczej już do niego nie wrócę. Co prawda, będzie sobie stał na półeczce zbierając kurz, ale okładka jego wydania dvd jest tak przepiękna, że szkoda by było się go pozbywać. Bestii z Belize polecać nikomu nie będę, choć pewnie kilku fanów znajdzie. 

3,5/10



WYDANIE DVD (UK, KALEIDOSCOPE HOME ENTERTAINMENT)

czas trwania - 75.53
obraz - 1.78:1
dźwięk - angielski 5.1, 2.0
napisy - brak
dodatki - brak

    

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza