niedziela, 9 lutego 2014

RESIDENT EVIL (2002)



reżyseria - Paul W.S. Anderson
scenariusz - Paul W.S. Anderson
obsada - Milla Jovovich, Michelle Rodriguez, Eric Mabius, James Purefoy, Martin Crewes, Colin Salmon, Joseph May, Liz May Brice, Heike Makatsch, Michaela Dicker, Indra Ové, Pasquale Aleardi
kraj produkcji - Wielka Brytania / Niemcy / Francja / USA
światowa premiera - 15 marca 2002
polska premiera - 26 lipca 2002 (kino)
źródło - blu-ray (Twentieth Century Fox, UK)

   Potężna korporacja Umbrella prowadzi tajne badania nad niebezpiecznym wirusem w podziemnym laboratorium zwanym Ulem. Kiedy ze zbitej probówki wirus przedostaje się do systemu wentylacyjnego, główny komputer odcina drogę ucieczki wszystkim zgromadzonym w kompleksie pracownikom, których eliminuje za pomocą śmiertelnego gazu. Do Ula zostaje wysłana jednostka specjalna mająca za zadanie unieszkodliwić wirusa. Wciąż aktywny główny komputer próbuje im przeszkodzić w misji. Na domiar złego grupa komandosów odkrywa, że wirus zmienił pracowników laboratorium w krwiożercze zombie.


   O ile wśród ekranizacji poczytnej literatury nie sposób nie znaleźć dzieł bardzo wybitnych, które na stałe zapisały się w historii kina, tak całkiem odwrotnie jest z ekranizacjami gier video. W ubiegłym wieku tylko Mortal Kombat Paula Andersona zdołał osiągnąć jako taki sukces, podczas gdy takie filmy jak Super Mario Bros, Znak smoka, Street Fighter i Wing Commander okazywały się co najwyżej słabe i przynosiły swym producentom finansowe porażki. Wszystko zmieniło się w 2001 roku wraz z premierą wysokobudżetowej produkcji Tomb Raider opowiadającej o przygodach niezwykle wysportowanej archeolog Lary Croft. Krytycy jak zwykle kręcili nosami, ale widownia tłumnie ruszyła do kin. Nie inaczej było z mającym swą premierę niecały rok później RESIDENT EVIL. Co prawda widownia tego filmu była zdecydowanie mniejsza, ale dość niski budżet spowodował, że jego producenci zaczęli liczyć swe zyski już na etapie dystrybucji kinowej (w przeciwieństwie do Tomb Raidera), a tytuł doczekał się kilku sequeli i otworzył furtkę dla innych ekranizacji gier (Doom, Silent Hill), których produkcja była wcześniej z roku na rok przekładana.


   Za reżyserię RESIDENT EVIL zabrał się Paul Anderson, który napisał również do niego scenariusz. Ten jest całkiem ciekawy, bo jego główną postacią jest cierpiąca na amnezję Alice. Widz wraz z nią pomalutku odkrywa tajemnice Umbrelli i to w jaki sposób kobieta jest powiązana z korporacją. Alice co jakiś czas ma przebłyski pamięci, które każą sądzić, że to ona była odpowiedzialna za uwolnienie śmiertelnego wirusa. Jesteśmy też świadkami groźnych dla życia sytuacji, z których bohaterka wychodzi cało wykazując się zdolnościami strzeleckimi jak i spektakularną walką w bliskim kontakcie z wrogiem. Kim jest ta dziewczyna?! Na pewno najjaśniejszym punktem obrazu. Reszta bohaterów wydaje się wdzięcznym tłem dla poczynań głównej bohaterki, od której nie można oderwać oczu. Nic dziwnego skoro wcieliła się w nią piękna Milla Jovovich. Trzeba przyznać, że aktorka prezentuje się niezwykle seksownie w czerwonej, odsłaniającej smukłe nogi sukience, w której paraduje niemal przez cały czas trwania filmu. Reszta ekipy aktorskiej wcielającej się w poszczególnych członków oddziału komandosów nie ma już takiej siły przebicia. Co prawda można tu wyróżnić Michelle Rodriguez, Jamesa Purefoy'a czy Colina Salmona, ale już taki Eric Mabius wypadł strasznie bezpłciowo prezentując wciąż tę samą minę. Przyznajmy jednak, że takie produkcje jak RESIDENT EVIL ogląda się nie dla oscarowych ról, a dla czystej rozrywki. A tę film Andersona oferuje całkiem niezłą reprezentując wtedy jeszcze niezbyt popularny nurt zombie movies.


   W przeciwieństwie jednak do innych horrorów o żywych trupach, te w RESIDENT EVIL nie są jedynym zagrożeniem dla naszych bohaterów. Można stwierdzić, że tak naprawdę życie protagonistów zależy od systemu bezpieczeństwa Ula, którym jest Red Queen. To ona doprowadziła do śmierci całego personelu podziemnego laboratorium, a i pozbywa się w okrutny sposób kilku komandosów zamykając ich w pułapce bez wyjścia z siatką śmiertelnych laserów. Nie do końca jasne są pobudki jakimi się kieruje, to też pozostali przy życiu bohaterowie będą musieli zdecydować czy mogą zaufać systemowi, dla którego życie jednostki jest sprawą podrzędną o ile może zagrozić dobru ogółu. Pełną napięcia sceną jest ta, w której do pomieszczenia w którym się znajdują próbuje wtargnąć mutant, a umożliwiające ucieczkę drzwi się odblokują jeśli ktoś z jednostki zabije zainfekowaną wirusem koleżankę. Tu trzeba zaznaczyć, że RESIDENT EVIL czerpie pełnymi garściami z historii podgatunku zombie movies, zawierając w sobie elementy wypracowane już w pionierskiej pod tym względem Nocy żywych trupów Romero. Żywe trupy mają nieskoordynowane ruchy, zabić je można jedynie poprzez postrzał w głowę, a ugryzieni przez nie pechowcy poszerzają ich szeregi.


   Docenić należy też całkiem dobrą charakteryzację zombiaków, choć to nie one są główną atrakcją filmu Andersona. A są nią... psy-zombie! Naprawdę, powiadam Wam, że te wyglądają naprawdę przerażająco. Ich obłędny wzrok i nadgniłe ciała ze zwisającymi kawałkami mięsa robią piorunujące wrażenie. Jest jeszcze Licker, wspomniany wcześniej mutant, pełniący w RESIDENT EVIL rolę głównego bossa. Te czworonożne, niezwykle szybkie monstrum, z którego pyska wydobywa się długaśny jęzor zdecydowanie dobrze odgrywa swą rolę powodując, że ostatnie sceny filmu są niezwykle atrakcyjne dla oka i jednocześnie dobrze trzymają w napięciu. Szkoda tylko, że trzeba troszkę przymknąć oko na sposób w jaki wkomponowano Lickera w tło filmu, przez co sceny z jego udziałem wyglądają miejscami trochę sztucznie, bo już jego animacji nie można niczego zarzucić. Tak jak i wizerunkowi Red Queen, którym jest hologram kilkuletniej dziewczynki. Przyznaję, że jak na film o takim budżecie jego strona wizualna stoi na całkiem dobrym poziomie. I nie tylko ona.


   RESIDENT EVIL to propozycja dla zwolenników szybszej akcji, a dla miłośników nurtu zombie movies jak i fanów serii  gier, które zainspirowały filmowców, jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Film ma dobre tempo, niezły scenariusz, dobre efekty specjalne, ciekawe zwroty akcji, a też nie stroni od pokazywania konkretnych scen przemocy. Może Anderson nie jest najlepszym reżyserem na świecie, ale chwała mu, że tak uparcie walczył z producentami o nakręcenie obrazu dla dorosłego widza nie chcąc zaniżać jego kategorii wiekowej do PG-13. Nie chciałbym nawet sobie wyobrazić takiego scenariusza. I choć filmowi do ideału trochę brakuje, to myślę że grupa docelowa powinna być z jego seansu jak najbardziej zadowolona.
7,5/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza